Sen o lataniu

Sny jak jesteś chory i masz gorączkę bywają różne, często męczące. Sny jak zaśniesz nad ranem po wcześniejszym wybudzeniu są trochę jakby się jednak nie do końca spało. Mój sen po ponownym zaśnięciu nad ranem do takich należał.  Mega realny a jednak ze świadomością tego, że śnię.

Sceneria to włoskie miejsca, gdzie się z innymi przechadzałam w dziwnym budynku położonym w malowniczej okolicy. Tam poszukiwanie sali gdzie odbywać się miały występy, spotkania i różne towarzyskie wydarzenia.

W pewnym momencie spacerując sama na dworze, jestem unoszona w górę i przy każdym moim ruchu coś się dzieje. Gdy mam ręce wzdłuż ciała i jestem pionowo to wznoszę się coraz wyżej, jak się przechylam to skręcam, jak wyciągam rękę lub patrze w inną stronę zaczynam zmieniać kierunek. Uczucie jest niesamowite bo czuje wiatr, każdy obrót ciała, widzę zmieniające się widoki i perspektywę zależnie od mojej pozycji w locie. Mam nad tym kontrolę ale nie do końca wiem jak ona działa. Na jakiej zasadzie. Uczucie latania jest euforycznie przyjemne.

Sen kończy się rodzajem analizy w mojej głowie tego jak bardzo realistycznie mogę się upajać lataniem we śnie, jakie to niebywałe, jak samo się to dzieje oraz jak bardzo niewiele brakuje mi do całkowitej moim lataniem kontroli.

W tym śnie jestem pod wrażeniem tego jak bardzo to pozwala poczuć się prawdziwie mimo mojej świadomości snu. W tym śnie po raz kolejny wracam do rozważań nad jaskinią Platona.

Advertisements

“W mojej głowie, w moim domu”

Zieleń, niebieski i różowa barwa ciała. Obłe kształty, kawałki portretów bez oczu a potem i same oczy. Ludzie, koty, pies, przedmioty. Coś z niczego.

“W mojej głowie, w moim domu” to wystawa mojej córki Weroniki. Od dziecka wrażliwa, miała w zwyczaju o zgubionej zabawce mówić moja jedyna “najulubieńsza” i długo opłakiwać stratę. Czytałam jej do poduszki oczekując, że polubi czytanie, jednak sama na początku sięgała głównie po komiksy. Jako 9 latka wygrywała konkursy na wiersze i opowiadania ilustrowane własnymi obrazkami. Jako nastolatka w szkole plastycznej bywało, że bardzo się denerwowała i siedziała po nocach jeśli coś jej nie szło. Oprócz malowania i rysowania, zafascynowała się fotografią i kręceniem krótkich form filmowych w Bydgoskiej Kronice Filmowej. Stąd pochodzą jej filmy “Autobus”, “Ulotne chwile” czy “Dom Weroniki” wykorzystany w tym projekcie.

Weronika obrazami poszukuje. Nie tylko formy wyrazu, ale także swojej opowieści. Poszukuje swojego miejsca, swoich znajomych a nawet nas, rozdzielonej i składanej na wiele sposobów rodziny.

Kompozycja i dekomponowanie.

To właśnie można zobaczyć w jej obrazach i instalacjach.

Nas, w głowie i w domu Weroniki.

O co chcesz mnie spytać

Tego lata znów zmagam się sama z sobą i całym światem. Przełomem okazała się data 23 marca, gdy jako jedyna nie zostałam zaproszona na 75 urodziny Julity, babci Antka. Pewnie bym się o tym nawet nie dowiedziała, gdybym sama nie spytała w trakcie składania życzeń przez telefon. Persona non grata. To jak nagłe wyostrzenie wzroku i obserwowanie części własnego życia w jednej kropli widzianej z innej perspektywy. To niedowierzanie a zarazem zrozumienie wszystkiego. W tej jednej chwili. Po jednej rozmowie.  W tym momencie rozsypane puzzle na krótki moment pokazały mi się w poukładanym obrazie. Nie spodobało mi się to co zobaczyłam. Minęło kilka miesięcy a ja nadal jestem zła. To dziwna siła, która mnie nakręca i motywuje. Do odrzucenia zgniłego kompromisu. Do poszukania tego czego potrzebuję. Do biegu na swojej drodze nie tylko cudzej.

Jagoda o mały włos nie wyjechałaby zamieszkać z Andrzejem po skończeniu gimnazjum. Jej tańce to pasmo sukcesów okupionych ciężką pracą na treningach, wyjazdach, turniejach ale głównie duży stres. Chaotyczna i wymagająca trenerka. Zmaganie się z dynamiką grupy pełnoletnich tancerzy, gdy sama jest jeszcze nastolatką.  Ciągłe zmęczenie, brak czasu na naukę i normalne życie. Mimo to zdała dobrze testy gimnazjalne i dostała się do klasy lingwistycznej w LO VIII w Bydgoszczy.

Antek po serii spotkań w Poradni Pedagogicznej i zbadaniu IQ dostał niebywale dosadny opis na świadectwie promocji do III klasy. Widocznie poprzeczka wobec bystrego zamiast matołka została mocna podniesiona. Ja nie mogę strawić jego Pani nauczycielki niestety. On sam nie chce słyszeć o zmianie szkoły czy choćby klasy. Widocznie cały temat z jego niegrzecznością, brakiem odrobionych lekcji i bykami ortograficznymi to najbardziej mój problem. Początek wakacji spędził z ciocią Zosia i wujkiem Adamem w Złotowie a potem nad morzem. Teraz jest na obozie piłkarskim w górach. Dzwoni każdego dnia i opowiada. Wczoraj napisał, że grali mecz z Górnikiem Zabrze i byli w telewizji Polsat.

Weronika zachorowała. Maluje coraz lepsze obrazy, dostała stypendium i miejsce w Kolonii Artystów w Gdańsku nieopodal Starówki. Za rok kończy studia. Ma fajnego chłopaka, który też skończył ASP. Mieszkają razem w mieszkaniu z ogrodem. Mają 2 kotki i psa border collie. Jak patrze na to z takiej perspektywy, wydaje mi się, że ma wszystko. Teraz szuka siebie.

Miriam mieszka w samym centrum Warszawy z Piotrem. Razem pracują w Port Royal w Hali Koszyki. Lanserskie miejsce, świetne jedzenie ale mocno tyrająca praca. Młyn na okrągło. Są uroczą parą. Zaprzyjaznieni z ekipą Zuzia i Doman i pewnie wieloma innymi. Byliśmy razem w tym roku na Opener. Przemiły obiad wspólnie i incydentalnie na koncertach. Widywałyśmy się w minionym roku przy okazji moich przyjazdów do pracy i na Kozmina.

Ja zagoniona i zadowolona.

Czasem, jak teraz gdy zostaje całkiem sama dopada mnie poczucie dojmującej tęsknoty.

Ciocia Krysia

Właśnie wróciliśmy z pogrzebu cioci z Krysi, ukochanej siostry mojej mamy. Jezdziliśmy tam regularnie, prawie zawsze przy okazji wizytowania babci Emmy.

Moje historia z ciocią Krysią sięga lat 70tych, kiedy jako mała dziewczynka podziwiałam jej słodką urodę anioła z włosami blond do pasa. Krysia, najmłodsza córka mieszkała z rodzicami a moimi dziadkami na wsi w Mirotkach, gdzie byli też jej bracia Jerzyk i Piotrek.To co pamiętam szczególnie to jej “chodzenie” najpierw z Marianem, kumplem mojego ojca a potem szalona milość z Sylwkiem, długowłosym w tamtych czasach big bitowcem o wyglądzie polskiego hippisa. Całowali i obłapiali się gdzie się tylko dało a w tamtych czasach przed ślubem trzeba to było robić bardzo po kryjomu. Po latach się dowiedziałam, że dziadek Franciszek nie był temu wszystkiemu zbyt przychylny z uwagi na pochodzenie rodziny Sylwka, która przyjechała po wojnie z tego co komentowano, zza Buga. Potem pamiętam bardzo skromny ślub w Sianowie, już w nowym bloku w mieszkaniu dziadków. Potem moje wizyty u nich w miniaturowym pokoju w hotelu robotniczym w Koszalinie, gdzie już zamieszkiwali z synkiem Marcinem. To było przecieranie szlaków w leczeniu diety bezglutenowej, wtedy niebywałe i całkiem nieznane zjawisko u dzieci. Ciocia narzekała, ale systemowo działała na froncie swoich zadań. To był chyba grunt pod lata jej własnej historii. Potem urodził się Grzesiek i niebawem rodzina przeniosła się na ojcowiznę Sylwka do Ratajek. Z tamtych czasów pamiętam huczne imprezy sylwestrowe jako, że teść cioci Krysi to tez Sylwek. Tam na jednej z imprez zaserwowano kotlety z mięsa nutrii, czym wszyscy byliśmy okrutnie zaszokowani.  Takie mięso było wtedy kojarzone ze skrajną biedą, nieomalże z jadaniem szczurów czy innych gryzoni. Krysia odgrywała rolę mojej zastępczej chrzestnej matki np.na mojej komunii, gdyż ta prawdziwa jakoś się nie kwapiła. Cały czas Krysia była dla mnie postacią śliczną a zarazem bardzo konkretną z określonymi jasno zasadami.

W czasie kiedy studiowałam w Gdańsku kontakt w naturalny sposób się rozluznił. Widywaliśmy się przy okazji spotkań rodzinnych różnej maści. Następny wątek jaki kojarzę to spotkanie z jej już dorosłymi synami i moim bratem w lokalu Brok w Koszalinie. Kolorytem jaki wtedy poznałam było rozpijanie flaszek trzymanych przed lokalem w małym fiacie, celem zintensyfikowania wrażeń już wewnątrz.

Potem gruchnęła wieść, że ciocia ma nowotwór piersi. To było w tamtych czasach jak wyrok. Ciocia bardzo to przeżywała a my razem z nią. Szybko nauczyła się jak to okiełznać. Ja byłam już po doświadczeniach z tą chorobą u przyjaciółki Ewy wiec też co nieco już wiedziałam. Zaczęłyśmy próbowania vilkakory i wszystkiego co w tamtych czasach było na fali. Ciocia była wożona na operacje i chemię do Szczecina. Równolegle ogarniała wszystko w domu w Ratajkach i opiekowała się schorowaną teściową. Zawsze gościnna, zawsze konkretna, zawsze ogarnięta. Ten upór w normalnym funkcjonowaniu trwał do końca przez 17 lat. W poniedziałek gotowało pomidorową, w środę jeszcze krzątała się po kuchni a we czwartek została zawieziona do hospicjum. Odeszła w piątek 10 lutego o 21.20 po pożegnaniu się z najbliższymi. To wiem z relacji. Na pogrzebie były tłumy. Na małej wsi kościółek pękał w szwach a większość osób podchodziła do cioci pożegnać się przy otwartej trumnie. Moja mama, ja i mój brat też. Przyjechał Maciej specjalnie ze Szczecina. Bywaliśmy u cioci najczęściej razem z Antkiem.

Zastanawialiśmy się z Rafałem czy coś mogliśmy na pogrzebie o cioci powiedzieć w kościele, I co mogłoby to być. List napisany przez rodzinę powiedział wszystko. Łzy same spływały. Każde słowo było w punkt. Krysia była moją idolką. Jej pogrzeb pokazał, że dla wielu innych też.

Na co jestem chora Tadzik?

Ostatnio sporo się dzieje. Właściwie ciągle tak jest.

Wakacje w Panoramie Morskiej w Jarosławcu, nadzwyczaj udane, śmignęły ale też bardzo pozytywnie nas zaskoczyły. Przepiękny słoneczny tydzień w końcówce sierpnia, dziwne miejsce, do tej pory zupełnie nam nie znane. Dawny obiekt letniskowy kopalń zmieniający się w europejski resort-moloch. Czyste póki co bo nowe baseny, palmy i parasole pokryte słomą, dużo jedzenia, pieczone prosiaki, disco polo ale i muzyka lat 60-90, fitness w wodzie, pokazy magików, spa i morze po drugiej stronie ulicy. Miejsce gdzie przejeżdżają rodziny wielopokoleniowe i grupki znajomych z tabunami dzieci. Albo tak jak my.

Od jakiegoś czasu brakowało mi chodzenia po górach. Tak jak kiedyś, trasa, plecak i od schroniska do schroniska. Najpierw przymierzaliśmy się do Bieszczad, potem Beskidów, s stanęło na górach Opawskich. Zwyczajnie za sprawą bazy wypadowej w postaci urokliwego obiektu z dobrą swojską kuchnią    http://www.gorzelanny.pl/hotel-gorzelanny/. Dwa całe dni na trasie, Biskupia Kopa pierwszy cel nieopodal, drugi, Pradziad po czeskiej stronie. Do tego wspaniałe masaże a w ostatnim dniu atrakcje w zaginionym miasteczku Rosentau. Mamy w planie pojechać tam raz jeszcze z Antkiem, ciekawe czy mu się spodoba tak jak nam. Tym razem byliśmy pod koniec września i tylko we dwójkę.

Od wakacji od razu przeskoczę do ferii zimowych. Dostaliśmy w prezencie pod choinkę wyjazd do Włoskiego Tyrolu. Przełamałam strach przed drewnianym kolanem narciarza a nawet zaświtało mi czy nie odświeżyć moich przygód z deską. Widoki z poziomu 3200mnp są warte męczarni w aucie przez 12 godzin. A nawet smaku anyżowej panierki na lokalnym mięsiwie czy jeżdżenia z zapaleniem oskrzeli. Hotel Sport Kurzras choć delikatnie mówiąc z tradycjami, okazał się być idealnym miejscem, jako azyl po naszych narciarskich wyczynach. Byliśmy we czwórkę z Antkiem i Jagodą, która jechała z duszą na ramieniu a okazało się, że śmiga jak wiatr i bez problemu zalicza każdego koloru trasy wybierając jako preferowane także i te przezywane pieszczotliwie ściankami. Ale tym razem to nie ona dostała puchar. Doceniony został Antek po swoim dystyngowanym slalomie ostatniego dnia szkółki!

A teraz coś o babci Stefie. Do cukrzycy doszły inne rzeczy. Nie umie opanować trzesących się rąk i mało już wychodzi z domu. Jest nadal uśmiechnięta, choć w oczach widać coś innego. Na pytanie co się dzieje, rzuca do małżonka lekkim tonem : Na co jestem chora Tadzik?

Brukowanie piekła czyli recepta na#wielkie#rozczarowanie

Dawno dawno temu miałam dobre intencje. Być grzeczna, cicha, nie sprawiać problemów, dobrze się uczyć a jak można to nawet lepiej, pomagać innym, być miła, zjadać pokruszone ciastka, żeby te ładne mogły czekać pięknie poukładane na innych chętnych. W moim domu co jak co, ale jedzenie nie mogło się marnować.

A już na pewno nie chleb.

Jako dziecko miałam ambicje wymyślania różnych “dobrych uczynków”, jak wysprzątanie mieszkania w pół godziny poprzez powciskanie wszystkiego co się da do szaf, szuflad i wszelkich innych miejsc gdzie tylko wyobraznia pozwoli. Zwykle byłam dumna z efektu, który miałam zwyczaj oceniać stając na palcach w progu mieszkania i rozglądając się czy różnica jest odpowiednio powalająca. Zupełnie nie rozumiałam braku reakcji matki, która nic nie zauważała, no chyba, że jej coś raptem na głowę z szafy wypadło. Wtedy miałam totalnie przegrane. Nie było sensu nic tłumaczyć.

Pewnego razu chciałam zrobić mamusi lepszą niespodziankę i upiększyć dość ponury korytarz naszej kamienicy malowidłami naściennymi w technice “farby plakatowe”. Ani motywy kwiatowe ani studium sylwetki ludzkiej nie okazało się trafić w gust rodzicielki. Po wielkiej awanturze, skończyło się na tym, że z płaczem i gilami do pasa musiałam zmywać wszystkie ściany. Pól dnia pracy malarskiej na marne.  Pełne niezrozumienie. Potem były prezenty na różne okazje jak Dzień matki, Wigilia Bożego Narodzenia, urodziny, Wielkanoc. Ani laurki, ani bibułkowe kwiatki własnej roboty, ani filcowe zwierzątka kupione w sklepiku za uciułane pieniądze nie wywoływały bodaj cienia uśmiechu.

Albo tak było, albo ja to tak pamiętam.

Jak zostałam mamą postanowiłam, że będę bardziej się starać. W końcu dorosły może się obyć byle czym oby tylko dziecko miało jak najlepiej. Do dziś z trudem przychodzi mi spakowanie najpierw swoich rzeczy na jakikolwiek wyjazd, bo mam wkodowane, że dziecku trzeba bardziej. Więc pakuję się jak sójka za morze i jestem na dodatek cała w nerwach, żeby nic nie zapomnieć.

Wyszukiwanie prezentów dla własnych dzieci to cała historia. Lubię robić to z dużym wyprzedzeniem, chować te skarby a potem wyciągać jak przychodzi okazja. I tu się zaczyna…

Pół biedy jeśli dobrze trafię, bo uda mi się kupić po kryjomu coś o co dzieciak dręczył przy okazji innych zakupów. Gorzej jeśli coś mi się wydaje fajne, a tu kulą w płot.

Tak było ostatnio kiedy zamiast pięknej wyprawki do nowego mieszkania naszykowałam zestaw dla bezdomnych. Usłyszałam, że chodzi o utensylia na okres przejściowy, żeby przetrwać w pustym mieszkaniu kilka tygodni, zanim nie będzie można się docelowo urządzić. Więc mamo może być coś z domu, czego już nie używasz. Okazało się, że tu mega klops. Same śmieci. Obciach i łzy.

Strasznie mi wstyd. Po raz kolejny widzę, że moje intencje to dobra kostka brukowa.

 

 

 

 

non-executive DOOM

Stało się. Od mojego awansu minął ponad rok a ja w tym czasie nie napisałam ani słowa. Praca wciągnęła mnie i pochłonęła bez reszty. Nawet wczoraj mimo ogłoszenia wszem i wobec, ze zaczęłam od 7 wiec kończę o 16.30 ledwo uciekałam sprzed lapka kwadrans po 17. A i do tego muszę znajdować sobie alibi. W tym wypadku było to wyrównanie rachunków z Vectrą, która oprócz wezwania do zapłaty jakiejś bezsensownie kwoty, postanowiła potwierdzić,że rzekomo zawarliśmy kolejną cud miód umowę na platynowy pakiet kablówki.Nie ma nic gorszego niż rozmowa z telemarketerem. Pan w siedzibie Vectry okazał zdumiewająco dużo zrozumienia. Tylko dzięki temu udało mi się uniknąć absurdalnego zerwania umowy natychmiast, co słono by mnie mogło kosztować.Umowę wypowiem rozsądnie bezkosztowo i od marca mam nadzieję dogadać się na coś lepszego z kim innym. Komu przyszło do głowy, żeby poczciwy Telsten sprzedać koszmarnej Vectrze?Tym bardziej, że dotyczy to tylko Fordonu a nadal działa w innych częściach Bydzi. Wracając do czarnej dziury mojego życia czyli pracy. To jak wir, który Cię wciąga i nie wiadomo co robić. Odruchowo człowiek się szamocze, wir wciąga jeszcze bardziej a Ty tracisz siły, żeby się ratować. Był czas, kiedy sposoby walki z wirem były tematem wielu moich rozmów z Antkiem, wtedy chyba 5 latkiem. Był wirem zafascynowany. Nadal lubi się przyglądać wirowi w każdej wannie przy wypuszczaniu wody. Wtedy mówił z przejęciem, że metoda na wir to mu się poddać, dotrzeć do dna i się odbić tak by się wirowi móc wymknąć. Chyba jakoś tak to było. Więc chyba jestem w takim wirze. Szamocze się nadal i szarpie ale siły już mocno nadwątlone. Ciekawe, czy jak prysznicowe drzwi w firmie roztrzaskują się człowiekowi na głowie to już się powinien otrząsnąć, czy wręcz przeciwnie? Ja miałam taki wypadek ale nadal jestem w wirze. Po prostu do niego wróciłam. Z własnej woli. Ani blizny po wbitym szkle na całym ciele, ani bóle głowy, ani problemy z prawidłowymi reakcjami neurologicznymi po walnięciu w głowę nie zniechęciły mnie do szamotaniny z wirem. Na domiar złego post factum wykruszyły mi się 3 zęby powypadkowo, a ja dalej nic. Syndrom sztokholmski? Uwielbiam kopać się z koniem? Nie mam bladego pojęcia. Teraz są wakacje, jestem przed urlopem i zastępuję trzy inne osoby w mojej pracy. Firma zmienia strukturę i w związku z tym przyjęła kolejnego członka boardu z przedrostkiem non-executive. Szef na Polskę nas wprowadził, że to osoba, która raczej niczym oprócz doradztwa zajmować się nie będzie, no chyba że od czasu do czasu o ile zainteresuje ją jakiś projekt. Fajna fucha. Stwierdziliśmy, że w okresie przejściowym na maksa przydałby się ten non-executive przed nazwą tego co robimy. Choćby po to, żeby do kibla na spokojnie móc iść i posiedzieć.

Wir wciąga i nie można się szamotać.